House of Seitan – gramy dalej

Słońce wyszło zza chmur.

Dzisiaj w planach mam wyjście na miasto – kierunek ulica Wajdeloty. Już wiecie, dokąd chcę pójść? House of Seitan! Planowałem być tam wcześniej, ale jak wiecie, na miejscu doszło do awarii prądu i lokal był zamknięty przez kilka dni. Na szczęście już wszystko działa. Właścicielki ogłosiły za pomocą swojego facebook’a, że już wszystko gra i buczy. W sumie to jest to dla mnie bardzo ważne wyjście. Od długiego czasu śledzę poczynania dziewczyn i ich walkę ze złym fatum, jakie na nie spadło. Mam nadzieję, że już przeszło. Proponuję wspólne wyjście mojej Szamance – zgadza się bez zastanowienia. No to idziemy.

Pogoda dopisuje. Jest przyjemnie ciepło jak na tę porę roku. Docieramy na miejsce. Jeszcze przed wejściem do lokalu naszła mnie myśl. Jak my się tam zmieścimy? Wewnątrz jest pełno ludzi! Kolejka do kasy sięga niemal dworu. Wciągamy brzuchy, których i tak nie mamy, i jakoś wślizgujemy się do środka. No nie ma szans, żeby usiąść. Wszystkie miejsca są zajęte i każdy zajada się to pyrami, to ramenem, to znowu jeszcze czymś innym. Ha, dobra nasza. Przy jednym ze stoliku zwolniły się dwa miejsca. Czy możemy się dosiąść? Nie ma sprawy? Super. Czuje się wygrany.

Bardzo pyszna miłość do pyr i ramenu

Mamy ochotę na ramen. Wybieramy opcję „hofu” i „warzywną”. Tak do dwudziestu minut trzeba poczekać. Nie ma sprawy. Jest ciepło i do tego w lokalu zebrała się grupa mocno fajnych gości. Rozmawiamy. W tle rozbrzmiewa bardzo fajna nuta. Następnym razem zapytam o ich setting, albo zwyczajnie do nich zaraz napiszę. Chwilę zaczekam, bo dziewczyny są mocno obładowane pracą. Ha, to mało powiedziane. Nieustannie przychodzą nowi klienci, którzy pytają, kiedy zwolni się jakieś miejsce. Proszę przyjść za dwadzieścia minut, może wtedy się uda. Uczciwie.

Na stole lądują dwie duże misy pełne ramenu. Bulion jest klarowny, a sama zupa mocno wypchana dodatkami. Pachnie dobrze. No to zaczynamy.

Jestem… jestem przepełniony. Cholera. Kto daje tak duże porcje? Szkoda zostawić, a już łakomstwo nie daje rady. Trzeba odsapnąć, popuścić pasa, czy cokolwiek innego, aby dokończyć. Nie daliśmy rady. Zwyczajnie było tego za dużo, ale i mocno smacznie. Najwyższa pora zrobić kilka zdjęć do artykułu.

Lokal pełen rozmów i gości, i serdecznego uśmiechu

Żegnam się i dziękuję za możliwość przyjścia, i zrobienia zdjęć. Dziewczyny odwaliły naprawdę kawał świetnej roboty. Ich lokal tętni życiem. Masy ludzi przewijają się przed ladą. Oprócz muzyki panuje tutaj gwar swobodnych rozmów. Gdzieś pod stolikiem leży i odpoczywa (a może śpi) ładny duży piesoł. Przy kasie są przysmaki dla zwierzaków, aby te nie nudziły się zanadto. Bardzo fajny ukłon w stronę właścicieli psów.

Czas na takie nieco prywatne podsumowanie. Żeby otworzyć ten lokal musiałyście stoczyć nierówną walkę z wieloma przeciwnościami losu, ale udało się wam zdobyć serca setek, a może i tysięcy osób, które zawsze i wszędzie Wam pomogą. Gratuluję, że gdzieś tam po drodze nie zbłądziłyście i nawet ostatnia awaria prądu nie odebrała Wam tego szalonego entuzjazmu.

Koniecznie, do zobaczenia. Następnym razem przyjdziemy na pyry.

Do zobaczenia na Kulinarnym Szlaku!

Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *