Istotny jest pozytywny nastrój do wszystkiego, co nas otacza, to wydłuża życie

Łukasz Łobodziński: Podobno wszystko zaczęło się od ogrodu dziadka.

Diana Volokhova: Tak! Codziennie miałam styczność z tymi wszystkimi owocami, warzywami i zapachami, dzięki czemu wykształciła się moja miłość do przyrody, dobrego jedzenia i smaku. To, co pamiętamy z dzieciństwa zawsze jest najsmaczniejsze. W Armenii, u dziadka w ogrodzie, miałam naprawdę wszystko.

Chętnie pomagała Pani babci w gotowaniu, skrupulatnie zapisując sobie przekazywaną wiedzę. Czy ma Pani jeszcze ten zeszyt z przepisami?

Tak, cały czas z niego korzystam. Bardzo lubiłam gotować z babcią, podpatrywałam co i jak robi, co ma w garnku. Robiłam dużo notatek w tym zeszycie.

Już w wieku 12 lat, podczas wakacji, sprzedawała Pani swoje wypieki. Miodownik cieszył się dużą popularnością w pobliskim sklepie. Jak Pani wspomina tamten czas?

W dzieciństwie to był mój pierwszy zarobek, piekłam miodownik i oddawałam do sklepu na sprzedaż. W ten sposób zarobiłam swoje pierwsze pieniądze związane z kuchnią.

Sklepikarz ponoć błagał, żeby po wakacjach nadal piekła Pani ciasta.

Przychodził i prosił mamę, żebym dalej piekła miodownik. Mama powiedziała jednak, że córka ma się uczyć i nie będzie zajmowała się biznesem. Dopiero w następne wakacje wróciłam do pieczenia. Miodownik jest wymagający i czasochłonny. Nawet teraz, w mojej cukierni, klienci cały czas dzwonią i pytają się kiedy będzie. Wszyscy chcą, żeby odłożyć im choćby mały kawałek!

Do Polski przyjechała Pani z miłości. Nadal czuje się Pani tutaj jak w domu?

Na początku było bardzo trudno przyzwyczaić się. Inne jedzenie, smaki i zapachy. W sklepach nie mogłam kupić wielu składników, do których byłam przyzwyczajona: kolendry, czy fioletowej bazylii, brakowało mi świeżego estragonu. U mnie to była codzienność. Dopiero po programach kulinarnych typu „MasterChef” te produkty zaczęły pojawiać się częściej. W ormiańskiej kuchni nie używamy prawie w ogóle przypraw. Jedynie sól, pieprz i ewentualnie słodka papryka do ziemniaków z grilla. Wszystko doprawiamy świeżymi ziołami. Zawsze przywożę z Armenii pęczek kolendry i estragon, i od razu mrożę.

Program „Masterchef” wywrócił Pani życie do góry nogami. Zdobyła Pani serca milionów widzów. To była dobra lekcja?

To była bardzo dobra lekcja języka polskiego. Nie rozmawiałam wcześniej po polsku, po programie już tak. Po drugie nauczyłam się reakcji i szybkości w kuchni, a także eksperymentowania smakami. Presja czasu nie pomagała. Pamiętam przegrzebki, chciałam zrobić salsę z czerwonych, zielonych i żółtych pomidorów. Wbiegłam do spiżarni, gdzie były tylko czerwone pomidory! Nie zastanawiając się długo, wzięłam mango i gruszkę. Połączyłam smaki, doprawiłam, jury było zachwycone. Miałam często do czynienia z produktami, które pierwszy raz w życiu widziałam lub trzymałam w rękach, ale logicznie myśląc, wiesz co z nimi robić. Intuicja działa, trzeba uwierzyć w siebie. W tym właśnie jest sekret dobrego kucharza, kombinuje z tego, co ma. Trzeba mieć poczucie smaku, żeby mieszać ze sobą różne produkty. Z cała pewnością udział w programie pozwolił mi wyjść poza granicę swoich możliwości. „Masterchef” dał przysłowiowego kopa, ukierunkował w dalszym działaniu i wskazał sposób na życie. Dzięki temu poczułam się w Polsce jak w domu. Cały czas próbuję wydać książkę, jest już prawie gotowa.

Na swoim blogu kusi nas Pani wieloma przepisami na dania i desery. Od czego powinien zacząć ktoś, kto jeszcze nie miał okazji spróbowania kuchni ormiańskiej?

Powinien zacząć od past strączkowych i bakłażana. Sposoby i techniki obróbki bakłażana, które przekazuję podczas warsztatów, pozwolą każdemu zrozumieć tę roślinę, a co za tym idzie – również jej smak.

Znajduje Pani czas na zwiedzanie Gdyni i okolic? Ma Pani tutaj jakieś szczególnie ulubione miejsca?

Gdynię zwiedziłam na samym początku, zaraz po przeprowadzce. Pokazał mi ją mąż, który stąd pochodzi i bardzo Gdynię lubi. Przejeżdżając trasą im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, uwielbiam patrzeć na nasz port. Szczególnie wieczorem zachwyca mnie ten widok i trochę szkoda, że nie ma w tym miejscu możliwości zatrzymania się i podziwiania wspaniałej panoramy. Stałabym tam i wpatrywała się godzinami.

Czy plany na najbliższą przyszłość wiąże Pani nadal z gotowaniem?

Jak najbardziej, jednak nie lubię planować. Życie już wiele razy zweryfikowało moje plany. W ciągu tygodnia wszystko może się zmienić o 360 stopni. Stawiam sobie cele, do których zdecydowanie dążę. Istotny jest pozytywny nastrój do wszystkiego, co nas otacza, to wydłuża życie. Koncentruję się na tu i teraz.

Bardzo dziękuję za poświęcony czas i trzymam mocno kciuki za dalsze sukcesy oraz wydanie książki.

Ja również bardzo dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *